Sense of Beauty

 Słucham intuicji
 
Świat Dr Irena Eris

Słucham intuicji

Thriller psychologiczny Jagody Szelc „Wieża. Jasny dzień” okrzyknięto objawieniem 42. Festiwalu PFF w Gdyni oraz 68. Berlinale. Rozmawiamy z reżyserką o jej sukcesie i wyzwaniach na planie filmowym.
Jagoda Szelc otrzymała Paszport „Polityki” za „niezależność, świeżość spojrzenia, artystyczną konsekwencję i wyjątkowo oryginalny sposób ukazania świata na krawędzi”. W uzasadnieniu paszportowej nominacji przez Małgorzatę Sadowską czytamy, że Szelc w swoim filmie „egzorcyzmuje rodzinę i Polskę, przywołuje duchy, wprowadza w trans, wybudza uśpione w ludziach i pejzażu energie, leczy traumy”.

Na parę dni przed uroczystością komunii świętej – małżeństwo Mulę (Anna Krotoska) i Michała (Rafał Cieluch) z kilkuletnim dzieckiem Niną odwiedza niecodzienny gość: niewidziana przez rodzinę od lat młodsza siostra Muli – Kaja (Małgorzata Szczerbowska), która jest biologiczną matką dziewczynki. Czy Kaja będzie się starała odzyskać dziecko? Rodzinie jej zachowanie wydaje się coraz dziwniejsze. Wokół także dochodzi do wydarzeń, które trudno wyjaśnić. Kościelna uroczystość się zbliża, a atmosfera między siostrami gęstnieje. Wkrótce ma się okazać, że istnieje inny, ważniejszy powód, dla którego Kaja wróciła.
„Chciałam zrobić film, który się rozpadnie na końcu i przy którym pojawi się dowolność interpretacji. To, o czym jest film i o czym jest jego końcówka, jest bardzo otwarte. To zaproszenie do dyskusji”.
Twój film odniósł już ogromny sukces – został wyróżniony trzema nagrodami na 42. Festiwalu PFF w Gdyni, niedawno zostałaś nagrodzona Paszportem „Polityki” w kategorii Film. Z czego Ty najbardziej jesteś zadowolona w „Wieży. Jasnym dniu”?

Jestem zadowolona z tego, że absolutnie nikt z moich współtowarzyszy nie zszedł z planu nieszczęśliwy. Że poprowadziłam ten plan jako ja – nie udawałam nikogo. Że byłam do końca ciekawa i że strach nie determinował moich decyzji.

W jakim stopniu Twój film dotyczy kryzysu duchowości? Czy dziś Kościół w Polsce wychodzi naprzeciw tej sytuacji?

Duchowość wynika z jednostkowych doświadczeń. To jest jej wielka przewaga nad religią. Religia to raczej zapożyczenie cudzych wartości – system. Dziś religia ogranicza się do funkcjonowania instytucji. Wszyscy w jakimś stopniu mamy potrzeby duchowe. Kościół katolicki tych potrzeb nie przerabia. Zresztą  w mojej ocenie prawie żadna religia tego nie robi, bo religie z założenia są powiązane z funkcjonowaniem systemów. Wszystko zaczyna być podszyte lękiem i nie ma rytuałów, które powinny nas od tych lęków uwalniać. Generalnie wiemy, że łatwiej się operuje przestraszonymi ludźmi. Ksiądz, bohater mojego filmu, nie jest zły, ale brakuje mu „podłączenia”. Odkleja się pod wpływem siły, której nie rozumie. Nie wyrabia na metafizycznym zakręcie.

W „Wieży. Jasnym dniu” nawiązujesz do kina gatunków. Co jest dla Ciebie szczególnie atrakcyjne w takiej formie wyrazu artystycznego?

W większym stopniu interesuje mnie to, co filmy robią, niż to, o czym są. Filmy rozumiem jako rodzaj maszynek do wykonywania pewnych czynności na widzu. Film jest formą rytuału, ponieważ jesteś inny, gdy zaczynasz go oglądać, i inny, gdy kończysz. Nawiązania do kina gatunku interesują mnie na poziomie technicznym, powiedziałabym nawet prymitywnym. Praca nad filmem jest jak gra strategiczna, ponieważ bardzo trudno jest operować elementami kina gatunku i uniknąć sztampowych rozwiązań. A z drugiej strony – kocham gatunek. Marzyłam, żeby zrobić film, który dokonuje wolty gatunkowej. Z ciekawości.

Co wpłynęło na wybór konkretnych lokalizacji kręcenia zdjęć do filmu?

Jestem wiedźmą z Dolnego Śląska. Natura Dolnego Śląska – może jak cała Polska – nie jest spektakularna, ale wzrusza mnie swoją skromnością. Nie mamy sekwoi ani wodospadu Dettifoss. Taka prawda. Cenię skromność polskich krajobrazów.  Bo lubię też powiedzenie: „żeby zobaczyć cud, trzeba mieć odpowiednie oczy”.

Co było szczególnym wyzwaniem na planie filmowym?

To, żeby nie kierować się lękiem i nie kalkulować. Słuchanie intuicji jest wyzwaniem, bo jesteśmy uczeni na każdym kroku, żeby tego nie robić. Życie jest sztuką dochodzenia do tego, kim się jest.

Czy uznanie, nagrody to sytuacja, która niesie dla Ciebie wyzwania?

Cieszę się z nagród, ponieważ pozwolą filmowi dotrzeć do publiczności. A także z powodu ludzi, którzy bardzo ciężko pracowali, aby ten film powstał. Nie ulega wątpliwości, że to też ich film. Nagrody są bardzo miłe, ale już sobie ułożyłam w głowie, jakie niosą zagrożenie – możesz ulec patetycznemu złudzeniu, że gdzieś jesteś i coś masz, i zacząć się bać, że to stracisz. Ja się nie chcę bać. Ponieważ wolność mierzy się miarą tego, jak bardzo się nie przywiązałeś. Ja praktykuję robienie filmów. Nie jestem filmowcem. A jak się zacznę bać, to przestanę to robić.

Czy możesz opowiedzieć już, czego będzie dotyczył Twój kolejny projekt?

Jestem zainteresowana tematem szeroko pojętego kryzysu geopolitycznego, ale głównie ekologicznego. Jesteśmy w fazie nadprodukcji przemysłowej i ona się prędzej czy później skończy. Ludzie nie zdają sobie sprawy, co to są migracje klimatyczne i że nadchodzi wielki głód. Jest to także mój zwrot w stronę kina gatunku. Jednostkowa historia w filmie ukazuje problemy w skali makro. Bardzo mi się podoba, w jaki sposób wymyśliłam tę opowieść, i wierzę w ten film. Wierzę w coś takiego jak „delikatny balans terroru”.

Zobacz także