Sense of Beauty

 
Beauty News

Napinanie i rozluźnianie

Na tym polega balans. Bo nie chodzi o to, żeby przez całe życie było nam wygodnie lub żebyśmy ciągle musieli być w gotowości do działania. A raczej o to, aby po mobilizacji, wytężonej pracy, chwilach pełnych emocji dać sobie czas na wyciszenie, odpoczynek i relaks. O tym, jak się tego nauczyć, rozmawiamy z Joanną Chmurą.

Rozmawiała: Iwona Wójcik
Słyszę „balans” i w głowie powstaje obraz akrobaty kroczącego po linie. Jest skupiony, ma napięte mięśnie, wzrok patrzy w jeden punkt. Fałszywy ruch i spadnie.
To chyba nie może tak wyglądać, jeśli balans ma dotyczyć naszych emocji?   

Gdy mówisz o akrobacie, przypominam sobie, kiedy po złamaniu nogi w ramach rehabilitacji chodziłam na fizjoterapię. Gdy już zdjęli mi gips i mogłam puścić kule, fizjoterapeuta powiedział mi, że aby złapać balans, nasze ciało musi być jednocześnie w napięciu i w rozluźnieniu. Każdy krok polega na tym, że jedna strona musi się napiąć, a druga ma być swobodna. Jeśli zepnę się cała, to się nie przemieszczę. Dzięki temu doświadczeniu odkryłam, że balans nie dotyczy sztywności, tylko umiejętności radzenia sobie z napięciem i rozluźnianiem.

W jaki sposób przełożyć tę lekcję na emocje?
Chodzi o wprowadzenie równowagi względem tego, czego w naszym życiu jest więcej. W moim przypadku każdy dzień i tydzień są inne, przynoszą różne napięcia, dlatego muszę pamiętać, żeby pomiędzy wprowadzać coś, co da mi rozluźnienie i równowagę. To jest moje zadanie. Moje, czyli każdego człowieka – kiedy jestem głodna, muszę zjeść, czując sytość, powinnam przestać jeść, wyspana powinnam być w aktywności, a kiedy padam ze zmęczenia, powinnam z tej aktywności zrezygnować. Mamy większy problem z odpoczynkiem, relaksem i rozluźnieniem niż z napięciami – one same do nas przychodzą. Wystarczy obejrzeć wiadomości. Sztuką jest znalezienie tej drugiej strony. Zwłaszcza że często mamy w sobie przekonanie, że odpoczynek, relaks są społecznie źle odbierane, mamy w sobie wręcz paradoksalny zachwyt nad deficytem odpoczywania.
Jedną z kluczowych umiejętności w szukaniu balansu jest zdolność do odpuszczania czy decydowania, co jest w tym momencie ważniejsze. Bo może bałagan to nie jest koniec świata.
To jest takie przekonanie, że odpoczywanie nie jest w porządku. Gdy leżę na kanapie, a ktoś wchodzi do pokoju, natychmiast wstaję.
Pamiętam to z domu, ale też przez lata pracy usłyszałam wiele podobnych historii. Przesłanie jest takie samo – jeśli leżysz, to znaczy, że nie masz nic do roboty i trzeba ci znaleźć zajęcie. Leżenie, siedzenie, nudzenie się to czynności, przed którymi uciekamy. A one mogłyby zbalansować napięcie, które życie nam funduje na co dzień.

Wyjaśnijmy zatem podstawowe pojęcia. Czym są balans, równowaga, mindfulness?
Zacznijmy od mindfulness – jego najtrafniejsze tłumaczenie na język polski to uważność. Jest to jedno z narzędzi, które możemy wykorzystać do złapania równowagi. Myślę, że nie będzie nadużyciem, jeśli balans i równowagę potraktujemy jak synonimy, choć równowaga wskazuje na to, że czegoś mamy idealnie po równo, natomiast balans to łączenie tych dwóch stanów – napięcia i rozluźnienia. 

Czyli równowaga jest teoretycznie trudniejsza do osiągnięcia.
Jeśli w ogóle jest możliwa. Wielokrotnie jestem pytana o work-life balance, czyli równowagę między życiem prywatnym i zawodowym, i chciałabym, żeby taki stan dało się osiągnąć, ale wydaje mi się, że raczej polega on na ciągłym szukaniu, znajdywaniu, traceniu i ponownym szukaniu.

Są przecież takie momenty, kiedy pracy musimy poświęcić więcej czasu. Rzecz w tym, żeby później dać sobie prawo do odpoczynku. Pytanie, czy potrafimy to zrobić.
Znakomicie ujęłaś to, co próbowałam na początku opowiedzieć. Opiszę to na swoim przykładzie. W teście Gallupa, który bada nasze talenty, na drugim miejscu mam Achiever, czyli taką część siebie, która jest produktywna, realizuje zadania i dąży do osiągania tego, co sobie zamierzy. I ja tę część lubię. Dzięki niej jestem w miejscu, w którym chciałam być. Z tym że ciemna strona tej cechy jest taka, że łatwo się zgubić i pomyśleć, że równoważenie, zatrzymanie się nie są wartościowe, że znaczę coś tylko wtedy, kiedy działam. W takich momentach z pomocą przychodzi mi moje doświadczenie bycia dawno temu w relacji z zawodowym piłkarzem, który powiedział mi, że im bardziej zawodowo wchodzimy w sport i poważnie go traktujemy, tym bardziej poważnie trzeba potraktować pozostałe rzeczy między treningami: regenerację, dietę, sen. Nie znam Roberta Lewandowskiego, Igi Świątek czy Marcina Gortata, ale wyobrażam sobie, że sukces sportowców na tym poziomie nie polega na tym, że trenują 20 godzin dziennie. Ich sukces wynika z tego, że mobilizują się do wysiłku, a potem dają ciału odpoczynek i regenerację, żeby zebrać siły do kolejnego zadania.
Jest nam trudno, bo oprócz zawodowych spraw są jeszcze obowiązki domowe. Widzę bałagan i zaczynam sprzątać, przychodzą dzieci i oczekują pomocy. Zawsze jest coś
do zrobienia.

Trudność bierze się z takiego pomysłu, że można do it all, zrobić wszystko. Mamy przekonanie, że jeśli nie jest posprzątane, to znaczy, że w jakimś sensie zawiedliśmy. Jedną z kluczowych umiejętności w szukaniu balansu jest zdolność do odpuszczania czy decydowania, co jest w tym momencie ważniejsze. Bo może bałagan to nie jest koniec świata. Może mogę poleżeć na sofie, widząc ten bałagan, i pomyśleć: dzisiaj jestem Robertem Lewandowskim, który regeneruje siły.

Czy tego można się nauczyć?
Można, a nawet trzeba. Najpierw należy zbadać, jakie mamy przekonania na temat odpoczynku i spania. Bo może pochodzimy z domu, w którym, gdy ktoś cię zobaczył na kanapie, zaraz znajdował ci zajęcie. Więc teraz, mając 40 lat, gdy słyszysz, że ktoś wchodzi do salonu, w którym leżysz, to wstajesz z kanapy, chociaż nie ma ku temu żadnego racjonalnego powodu. To działa jak odruch, dzieje się niemal poza świadomością.

Co trzeba zrobić w tym momencie?
Po pierwsze – zauważyć tę zależność. Po drugie – uświadomić sobie, że to jest stary nawyk. A po trzecie – poeksperymentować. Co się stanie, jeśli nie wstanę? Odważyć się. A jeśli usłyszymy komentarz: „O, leżysz na kanapie, co?”, odpowiedzieć: „Tak, zmęczyłam się, potrzebuję odpocząć”.

Odpoczynek jest jednym z narzędzi do łapania balansu. Czego jeszcze potrzebujemy?
Świadomości emocjonalnej. Emocje to energia, która w różnych sytuacjach, a szczególnie napięciowych, jest na podwyższonym poziomie. Dużą sztuką jest przede wszystkim mieć świadomość tego, co czuję. Jeśli jestem w mobilizacji, ponieważ pracuję nad projektem i odczuwam lęk, to jest naturalne. Gdy coś nie idzie tak, jak bym chciała, pojawiają się napięcie, smutek, frustracja, i nie ma w tym niczego złego. Pytanie, co zrobię z tymi emocjami, załóżmy po miesiącu mobilizacji. Czy dam sobie taką przestrzeń, w której będę mogła poczuć dla równowagi balans, spokój, rozluźnienie, wyciszenie? Do tego służy m.in. wspomniany wcześniej mindfulness. Ważne są relacje, które mogą być dla nas też buforem. Sztuką jest szukanie kontaktu z osobami, które pomogą w zbalansowaniu naszych emocji. Może jest tak, że potrzebuję kogoś, kto wyciągnie mnie z marazmu, z melancholii i zaprosi do działania. A może przeciwnie – kogoś, kto pomoże zrównoważyć zgromadzone napięcie.
Emocja jest jak posłaniec, który ma dla mnie wiadomość i musi mi ją przekazać. Jeśli ją stłumię, to ta będzie musiała jeszcze silniej we mnie zareagować, żeby zostać usłyszana.
Relacje są ważne, ale spotykamy się czasem z takimi osobami, które bardzo łatwo tracą równowagę. Dlaczego niektórzy z nas wydają się być ostoją spokoju, a innym wystarczą sekundy, żeby wyprowadzić ich z równowagi?
Wyobraźmy sobie, że każdy z nas jest konsolą didżejską, na której jest wiele guzików. W naszym życiu będą się pojawiać osoby z umiejętnością ich wyłączania lub wręcz przeciwnie – uruchamiania wielu przycisków naraz. Te guziki zostały w nas zainstalowane jakiś czas temu. Możemy je wymieniać, ale wchodzimy w życie z różnymi tendencjami. Przykładowo mogą nas z jakiegoś powodu denerwować głośne, ekstrawertyczne osoby. A dzieje się tak dlatego, że jako dzieci byliśmy uciszani w domu, w myśl powiedzenia „dzieci i ryby głosu nie mają”. I mimo że chcemy też móc się tak nieskrępowanie i głośno wypowiadać, nie potrafimy, i złościmy się na osobę, która tę swobodę ma. Nie dlatego, że ona to robi, tylko dlatego, że ciągle myślimy, że my nie możemy. Ważne jest, żeby – tak jak w przypadku emocji – zauważać takie schematy: jacy ludzie nas irytują, co jest dla nas wyzwaniem, co wywołuje w nas złość. Bo pod naszą frustracją, irytacją jest często coś, za czym tęsknimy.

Czyli te nasze reakcje nie dotyczą osoby, która nas denerwuje, tylko nas samych.
Tak i mimo wszystko to dobra wiadomość, choć niełatwo ją przyjąć, bo zdecydowanie prościej jest ocenić i obarczyć kogoś winą, niż popatrzeć na siebie. Kiedy jednak już sobie uświadomimy, co się z nami dzieje, daje nam to szansę na pracę nad sobą i wtedy mamy możliwość taki stary schemat zmienić.

Czy wszystkie emocje trzeba równoważyć? Czy jednak powinniśmy pozwalać sobie na przeżywanie zarówno cierpienia, jak i szalonej radości?
Jedyne, co „musimy” w kontekście emocji, to przeżyć je od początku do końca. Bo emocje są zbudowane jak fala oceaniczna. Jakaś sytuacja je wyzwala, to jest punkt początkowy, później emocja nabiera intensywności, ma szczytowy moment, w którym przesyła informację, bo do tego jest stworzona – mówi o tym, co się dzieje w środku. Naszym zadaniem jest odczytanie tej wiadomości. Emocja wybrzmiewa i opada.

Czyli każda emocja jest ważna.
Tak. Absolutnie. Szczęście i radość odczuwamy z przyjemnością – od początku do końca. Ale lęk czy złość często tłumimy, ponieważ społecznie są mniej akceptowane. Bo kobietom np. nie wypada się złościć, a mężczyznom się bać. Przy czym emocja jest jak posłaniec, który ma dla mnie wiadomość i musi mi ją przekazać. Jeśli ją stłumię, to ona będzie musiała jeszcze silniej we mnie zareagować. Jeśli nie chcemy kumulować czy zatrzymywać w sobie procesów emocjonalnych, potrzebujemy nauczyć się je przeżywać. Każda emocja, i ta przyjemna, i ta nieprzyjemna, bo nie nazywam ich intencjonalnie negatywnymi, pozytywnymi, przychodzi z informacją. Naszym zadaniem jest te informacje odczytać. Przykładowo uważa się, że złość mówi o naszych granicach, o tym, że ktoś je przekroczył lub że sami to zrobiliśmy.

Co to znaczy?
Jeśli zaczynam irytować się na samą siebie, na e-maile, które przychodzą, na telefony, na kolejne spotkanie, to tak naprawdę denerwuję się, ponieważ planując pracę, wypełniając kalendarz, przekroczyłam swoje możliwości lub ktoś za bardzo mnie obciążył obowiązkami, a złość jest po to, żeby to zauważyć i spróbować zmienić. To, co jest trudne w takich sytuacjach i może przeszkadzać w utrzymaniu balansu, to nasza zgoda na rozczarowanie innych.
Zwłaszcza jeśli zawsze do tej pory byliśmy dostępni.
Funkcjonujemy w systemach – rodzinnych, społecznych, szkolnych czy zawodowych, które są ustabilizowane i zmiana jednego elementu może je zaburzyć. Więc jeśli przez lata zostawałam na wigilii firmowej dłużej, ale ten pierwszy raz nie zostanę, to prawdopodobnie będę musiała wytrzymać niezadowolenie wszystkich, którzy tego ode mnie oczekiwali – inaczej wrócę do punktu wyjścia.

Czy są takie obszary w życiu, w których równowaga to klucz do sukcesu?
Zdrowie. Mogę się przez jakiś czas oszukiwać, że nie potrzebuję snu albo że mogę żyć w ciągłym napięciu. Ciało jest genetycznie wyposażone w zdolność jego buforowania, ale okazuje się, że w okolicach 40. urodzin zaczyna mówić nam, że kolejne 40 lat już tak nie da rady. I nie chodzi o kryzys wieku średniego. To raczej moment zastanowienia się. Jeśli nie zadbamy o ciało i zdrowie – dietą, ruchem, sportem czy uważnością, przestanie ono sprawnie działać, a bez zdrowia nic nie da się zrobić. Na szczęście żyjemy w takich czasach, w których dbanie o zdrowie jest „w trendzie”.

Jakie są sygnały alarmowe płynące z ciała, których nie powinniśmy lekceważyć?
Ciało mówi różnymi językami. Czasem jest to bezsenność, czasem przewlekłe migreny, wypalenie zawodowe, czyli taki stan, w którym już nie mam zasobów, kolejnej piwnicy, z której wyciągnę przetwory i uzupełnię energię. Mam poczucie bezsensu bez względu na wykonywaną pracę. Przekonałam się o tym dwa lata temu, kiedy moje życie zawodowe rozwijało się w tempie niemal geometrycznym. W jednym roku stworzyłam psychologiczną cyfrową platformę rozwojową, wydałam książkę i prowadziłam szkolenia, brałam udział w konferencjach itd. Wydatek energetyczny był ogromny, a zapominałam o jej uzupełnianiu. Jednym ze składowych wypalenia jest poczucie, że nic, co robimy, nie ma sensu. Jestem psycholożką, więc moja praca z założenia ma sens, a wtedy czułam coś zupełnie innego, co wynikało po prostu ze zmęczenia, które długo ignorowałam. Innymi sygnałami płynącymi z ciała są też np. wrzody żołądka czy przewlekłe infekcje.

Co wcześniej powinno nas zaniepokoić, żeby jednak nie nabawić się tych wrzodów?
Tu się kłania matematyka, a dokładnie statystyka. Żeby rozpoznać skalę problemu, warto zadać sobie pytanie: ile razy w miesiącu kiepsko sypiam? Albo: czy zawsze źle śpię z niedzieli na poniedziałek, bo wiem, że rano muszę pójść do pracy? A może jest tak, że gdy wyjeżdżam na wakacje, to ciągle choruję. To często bywa sygnałem, że ciało się mobilizuje na czas pracy, ale kiedy wie, że ma wolne, to odchorowuje to, co trzymało w napięciu. I to jest jeden ważny obszar. Drugim są  relacje. Czy potrafię utrzymywać relacje lub czy nie brakuje mi na nie czasu? Badania mówią wyraźnie, że jednym z kluczowych elementów dobrego życia jest umiejętność budowania i bycia w relacji.
W sytuacjach przeciążenia zamiast siłowni lepsze będą spacer i yin joga, które działają jak reset naszego wewnętrznego oprogramowania.
Czy takim sygnałem może też być to, że człowiek, którego kocham, jestem z nim z wyboru, zaczyna mnie denerwować?
Tak. W przypadku przewlekłego napięcia, bezsenności czy poczucia wypalenia próg irytacji bardzo się obniża, a ponieważ osoba, z którą mieszkam, jest ze mną najczęściej, siłą rzeczy ona mnie najczęściej „zaczyna denerwować”. Praca też mnie wtedy bardziej denerwuje. Nagle ten sam e-mail, który dostałabym trzy lata temu i nie zrobiłby na mnie wrażenia, dziś wywołuje reakcję: „Co znowu!”. Możemy to zauważać dzięki samoświadomości. Warto zaobserwować, w jakiej jednostce czasu uruchamia się we mnie frustrująca reakcja na ten sam bodziec – dziecko, partnera, pracę.

Czy są ludzie, którzy funkcjonują lepiej, kiedy towarzyszy im jakiś nadmiar albo niedostatek?
Są takie osoby, które żeby czuć przyjemność z życia, muszą stymulować napięcie, np. dopiero deadline je mobilizuje. Są też takie, które lęk czy pośpiech paraliżują. Wiedzą, że mają najlepsze pomysły, kiedy dają sobie więcej czasu lub gdy wstaną o szóstej, żeby mieć tę godzinkę dla siebie. Nie ma w tym nic złego, że jedni mają tak, a drudzy inaczej. Ważne jest, żeby wiedzieć, jak mam ja, i tak planować funkcjonowanie, żeby jak najczęściej być w tym balansie.

Jakich narzędzi możemy używać, żeby sytuacje kryzysowe, trudne nie powodowały całkowitej utraty równowagi, żeby kończyło się na zachwianiu, a nie upadku?
Narzędzia czy metody są jak sztućce. Dobieramy je do rodzaju posiłku. I tak samo w zależności od sytuacji mamy do wyboru różne narzędzia: czasem to będzie płacz, który daje ujście napięciu. Czasem krzyk, który jest rodzajem energii generowanej od środka, i możemy ją uzewnętrznić. Ja często biorę ręcznik, żeby nie niepokoić sąsiadów, przykładam do ust i krzyczę. To może być sport, rozmowa. Możemy się zdecydować na terapię, mentoring czy coaching, praktykować mindfulness. Dla wielu z nas ważna jest duchowość, życie religijne. Joga jest taką przestrzenią, która łączy ze sobą i fizyczność, i duchowość, więc też może służyć szukaniu balansu.

Powiedzmy nieco więcej o uważności.
To słowo pochodzi od uwagi, czyli nadaję czemuś wagę, coś staje się przedmiotem mojego zainteresowania. To jest zadanie dla nas, żeby jak najczęściej być w uwadze. Skupić się na tym, co się w nas dzieje i dlaczego, a potem dzięki temu reagować adekwatnie do sytuacji. Często proszę osoby, z którymi pracuję, żeby zrobiły najprostsze ćwiczenie na świecie – włączyły sobie w telefonie cztery budziki w losowo wybranych godzinach: 7.30, 12.48, 15.13 i 19.17. Gdy usłyszą alarm, mają zadać sobie dwa pytania: co czuję i czego w związku z tym potrzebuję. Tak możemy wypracować w sobie odruch bycia w świadomym kontakcie ze sobą.
Równowaga równa się spokój, przewidywalność, jakaś stała, ale czy rozwój nie zaczyna się wtedy, kiedy zaczynamy wychodzić z wygodnej pozycji? W swojej książce przywołujesz słowa Kazimierza Dąbrowskiego, psychiatry, o tym, że momenty rozwoju potrzebują rozpadu osobowości lub jej części, że wymagają czasowej rezygnacji z równowagi.
I to jest i dobra, i zła wiadomość. Dobra dlatego, że jeśli to wiesz, to cię to nie zaskakuje. A zła jest taka, że zazwyczaj jest to nieprzyjemny proces. W przyrodzie jest tak samo. Jeśli chcesz, żeby z ziarna coś wyrosło, wsadzasz je głęboko w ziemię. Tam jest wilgotno, brudno i ciemno, ale wkrótce ono zaczyna kiełkować. U dorosłych ludzi to kwestia wyboru. Czy zostanę w związku, który mi nie służy? Czy jeśli wiem, że gdy wracam do domu, czuję napięcie, to coś
z tym zrobię? To wymaga porzucenia czegoś, co było, na rzecz czegoś nowego, nieznanego, niepewnego. Profesor Kazimierz
Dąbrowski mówił o dezintegracji pozytywnej, o tym, że musimy się rozsypać jak klocki Lego, żeby się zbudować na nowo.

Często uciekamy od tej niewygody.
I to też jest bardzo ludzkie. Gdybym miała tu do zjedzenia kawałek selera i ciastko, to całe moje wnętrze będzie wołać: ciastko, ciastko. Ale głowa powie: ciastko jest fajne, ale seler da ci więcej dobrego, lepiej zadziała w twoim ciele.

Jak balans odzyskuje Asia Chmura?
Stałam się ostatnio fanką snu. [śmiech] Po latach myślenia, że on jest zbędny, że jest stratą czasu, odkryciem dla mnie było to, jak wiele się dzieje podczas snu, jakie ma właściwości regeneracyjne, zarówno na poziomie emocjonalnym, jak i fizycznym. Więcej dobrego zrobię sobie dłuższym snem niż wstaniem o piątej i pójściem na siłownię. Odkryciem jest, że zamiast kolejnego treningu cardio mogę wybrać spacer. Mam wspaniałe życie zawodowe, które kocham, ale dużo się w nim dzieje: konferencje, warsztaty, wystąpienia, wywiady. To jest potężna energia, którą daję, biorę i którą zarządzam – dlatego dla balansu muszę ją zrównoważyć. Z tego względu, np. w sytuacjach przeciążenia, siłownia może nie być najlepszym rozwiązaniem. Lepsze będą spacer i spokojna praktyka yin jogi, które działają jak reset naszego wewnętrznego oprogramowania. Hotel Dr Irena Eris na Wzgórzach Dylewskich bardzo dobrze się w to wpisuje. To, że można sobie pozwolić na taki relaks, pójść na masaż, na zabieg, zjeść pyszne posiłki, których nie trzeba samemu szykować, że można przebywać w tak przepięknym otoczeniu. Dzisiaj rano się obudziłam i pomyślałam o tym, jak dawno nie słyszałam śpiewu ptaków. Otworzyłam okno, poczułam rześkość, o którą też trudno w centrum miasta. W trakcie przygotowań do naszego wywiadu za oknem rechotały żaby, ich odgłosy sprawiły mi wiele radości – były bardzo zaskakujące, a jednocześnie dziwnie znajome. Tutaj znalazłam dźwięki, które na co dzień muszę sobie włączać w telefonie, żeby ich doświadczyć.
Joanna Chmura
Psycholożka, trenerka i mówczyni inspiracyjna. Od lat wspiera klientów prywatnych i biznesowych w budowaniu odwagi, autentyczności i wewnętrznego przywództwa. Twórczyni platformy rozwojowej onmyway.pl oraz autorka bestsellerowej książki „To nawet lepiej. Jak obracać trudności w szanse”. Prowadzi swój kanał na YouTubie oraz Spotify „Story to tell”. Jest certyfikowaną facylitatorką Dare to Lead™, Daring Greatly™ oraz Rising Strong™, metodologii stworzonych przez dr Brené Brown z Uniwersytetu w Houston. Jej artykuły oraz wywiady z nią można przeczytać m.in. na łamach „Vogue’a”, „Forbesa”, „Newsweeka” czy „Harvard Business Review”.

Zobacz także